Adam Danek



Pogańska (nad)interpretacja chrześcijaństwa

Tradycjonalizm integralny wydaje się pomału wzbudzać w Polsce coraz większe zainteresowanie – i bardzo dobrze. Można się tylko cieszyć z faktu, że nad Wisłą rośnie zapotrzebowanie na myśl tradycjonalistyczną i w ogóle na pogłębioną myśl prawicową, zamiast ograniczać się do takiej czy innej publicystyki prasowej, która niestety wciąż stanowi główną strawę duchową zarówno starszych, jak i młodszych sympatyków prawicy.

Filozofia integralnego tradycjonalizmu niewątpliwie ma dla mieszkańca wyjałowionej duchowo Europy wielką wartość, lecz z drugiej strony pewne zagadnienia ujmuje w sposób co najmniej dyskusyjny. Niepokój wzbudza zwłaszcza interpretacja chrześcijaństwa i jego roli w dziejach, przedstawiona przez jednego z twórców tego nurtu, Juliusza barona Evolę (1898-1974). Zostało ono przezeń dualistycznie podzielone na „chrześcijaństwo pierwotne” (oceniane negatywnie) i katolicyzm epoki Średniowiecza (oceniany pozytywnie), przy czym Evola traktuje owe dwa typy nie jako okresy w historii tej samej religii, ale jako formy fundamentalnie odmienne i wzajemnie przeciwstawne. Pierwotne chrześcijaństwo jawi się Włochowi jako wyraz duchowej degeneracji ludzi Orientu, przywleczony z czasem do Europy. W jego oczach wynosi ono wszystkie ludzkie słabości do rangi cnoty i w ten sposób je usprawiedliwia, zamiast zwalczać. Potępiając przemoc i odwracając się od władzy (a więc i hierarchii), pochwala ono tchórzostwo, a życiowy ideał robi z mięczaka, co nadstawia drugi policzek. Ucząc ludzi traktowania się nawzajem jak równych, chrześcijaństwo antycypuje (i inspiruje) wszelkie szkodliwe egalitarne ideologie przyszłości, łącznie z prawami człowieka i nowoczesnym ludowładztwem. Na przeciwnym biegunie sytuuje się średniowieczny katolicyzm: wojowniczy, zdobywczy, nietolerancyjny, krucjatowy, przepojony ascezą i etyką heroiczną, mieczem wznoszący gmach sakralnego, kunsztownie hierarchicznego porządku politycznego. Jeżeli w ciągu kilku wieków chrześcijaństwo przeszło tak dogłębne przeistoczenie, to niewątpliwie musiało inkorporować treści, które pierwotnie pozostawały mu obce. Zdaniem włoskiego filozofa chrześcijaństwo wchłonęło po prostu kluczowe elementy antycznego pogaństwa, tworzącego rdzenną tożsamość człowieka Zachodu i właściwą duchowość Europy – a przede wszystkim wyraz prawiecznej Tradycji Pierwotnej, od której biorą początek wszystkie zdrowe partykularne tradycje religijne. Początkowo chrześcijaństwo radykalnie przeczyło duchowi pogańskiemu, lecz po daremnej walce wprowadziło go tylnymi drzwiami do własnych nauk – i tylko to nadaje mu wartość. Chrześcijaństwo jako takie nie należy do europejskiego dziedzictwa duchowego, ale z czasem dostosowało się do niego, co pozwoliło mu przetrwać i odnosić zwycięstwa na całym globie.

Nie wchodząc na razie w roztrząsanie, czy interpretacja chrześcijaństwa przez tę gałąź tradycjonalizmu integralnego można uznać za trafną, zauważmy, iż doskonale pokrywa się ona z interpretacją chrześcijaństwa dokonywaną przez wszelkiej maści lewactwo. Lewacy opowiadają historię Kościoła mniej więcej w następujący sposób. Pierwotne chrześcijaństwo było fajną, komunistyczną, anarchistyczną i pacyfistyczną sektą. Nie posiadało sprecyzowanej nauki ani wykrystalizowanych instytucji – pierwszym chrześcijanom chodziło wyłącznie o miłość, miłość i jeszcze raz miłość, i o to, żeby wszyscy byli równi. A potem przyszli źli ludzie, którzy skazili pierwotnego ducha chrześcijańskiego obcymi mu elementami – powprowadzali kanony, dogmaty, uniwersalny porządek, hierarchię, autorytety. Lewacy wskazują zwykle na św. Pawła Apostoła jako na tego, co zaczął wypaczać pierwotne przesłanie chrześcijaństwa, podczas gdy Pana Jezusa przedstawiają jako wyluzowanego, lewicowego hipisa mówiącego o tolerancji i prawach człowieka. Tak czy owak, od tamtej pory chrześcijaństwo przeradzało się w siłę coraz bardziej opresyjną, zastygając w Kościół katolicki – reakcyjny bastion wstecznictwa i klerykalizmu… Jak widać, interpretacje Evoli i lewaków są zbieżne, lecz podchodzą do sprawy z przeciwnych stron. Tradycjonalizm integralny w wersji Włocha i lewactwo dokonują identycznego podziału historii Kościoła na pierwotne chrześcijaństwo i średniowieczny katolicyzm. Różnią się jedynie odwrotnym wartościowaniem obu form. Niemniej fakt, że interpretacja chrześcijaństwa dokonana przez Evolę potwierdza ideologię lewaków nic jeszcze nie znaczy – interesuje nas wyłącznie to, czy jest ona zgodna z prawdą. A nie jest.

Po pierwsze, domniemany komunizm pierwszych chrześcijan to wymysł naszej epoki. Tego rodzaju uwagi, czy padają z lewa, czy z prawa, wypada uznać za bzdurne. Oswald Spengler (1880-1936), czołowy filozof Rewolucji Konserwatywnej, w klasycznym dziele „Zmierzch Zachodu” pisze na ten temat: „Przypisywanie Jezusowi celów społecznych jest bluźnierstwem. (…) Gdy wzdragał się on przed bogactwem i gdy pierwotna gmina w Jerozolimie, która była ścisłym zakonem, nie zaś jakimś klubem socjalistów, odrzucała własność prywatną, kryło się w tym największe z możliwych przeciwieństwo wobec wszelkich ››zapatrywań socjalnych‹‹”. Celnie zwrócił on uwagę, iż pierwsi chrześcijanie nie tworzyli komunistycznego kolektywu, lecz zakon. Członkowie zakonu istotnie wyrzekają się własności osobistej – gdyż stanowi to formę surowej ascezy; natomiast własność, jaką dysponują na co dzień należy do zakonu jako instytucji, nie zaś do bezkształtnego kolektywu ogólnospołecznego (ideał komunizmu) czy tym bardziej do państwa (praktyczna realizacja komunizmu). Wiązanie ideologii komunistycznej z pierwszymi chrześcijanami można potraktować wyłącznie jako nadinterpretację – czyli kłamstwo.

Po drugie, równie wielkie nadużycie popełniają ci, co pierwotnemu chrześcijaństwu przypisują egalitaryzm i niechęć do hierarchiczności. Chrześcijaństwo od zawsze uczyło i uczy o równości ludzi przed jedną tylko instancją: przed Bogiem, wobec którego wszyscy ludzie są równie znikomi. Natomiast w relacjach międzyludzkich rzeczywista równość nie występuje nigdy, co Kościół potwierdza własnym przykładem. Dość spojrzeć na Jego najpierwotniejszą postać, z czasów, kiedy Pan Jezus chodził po ziemi. Otaczało go kilkudziesięciu uczniów należących do duchowej wspólnoty, ponad nimi stali Apostołowie – dwunastu wybranych, spomiędzy nich zaś wybrał jeszcze Zbawiciel pierwszego Papieża w osobie św. Piotra. Już w najwcześniejszym etapie dziejów Kościoła mamy już zatem do czynienia z hierarchiczną strukturą opartą na autorytecie i gradacji władzy duchowej: Chrystus (Głowa Kościoła) – Papież – Apostołowie – uczniowie. Kiedy po Wniebowstąpieniu Kościół rozpoczął ekspansję terytorialną, obok kapłanów pojawili się wyznaczeni przez Papieża zwierzchnicy poszczególnych gmin chrześcijańskich – biskupi. Ta zasadnicza hierarchia (Papież – biskupi – kapłani – wierni) w istocie nie zmieniła się w Kościele po dziś dzień. Znaczenie zasady hierarchii i autorytetu mocno podkreślał w swych pismach św. Paweł z Tarsu – jedna z najważniejszych postaci najwcześniejszego okresu historii Kościoła. W jego listach apostolskich obecna jest inna fundamentalna zasada: Tradycji, czyli wiernego przekazu, nieprzerwanego i niezmiennego od chwili Objawienia, będącego źródłem przekazywanych treści (np. w słynnym passusie 2 Tym 3, 14-15). Twierdzenie, że chrześcijaństwo ideę hierarchicznego uporządkowania przejęło z zewnątrz, z pogańskiego antycznego Rzymu – jak to czyni Evola – mija się z prawdą, ponieważ idea ta tkwiła w nim od początku.

Po trzecie, jeśli idzie o relacje pomiędzy pogaństwem Antyku a chrześcijaństwem, to przedstawiają się one inaczej, niż utrzymywał włoski baron. Antyczne pogaństwo nie stanowiło monolitu, lecz mieszankę heterogenicznych elementów. Nie składała się nań jedna, ale wiele religii. Jak wskazuje Gilbert Keith Chesterton (1874-1936) w monumentalnym eseju „Wiekuisty człowiek”, elementy duchowości pogańskiej dawały się wyraźnie podzielić na zdrowe i na szkodliwe, rozkładowe. Złe pogaństwo miało wszelkie cechy kultów demonicznych (dla chrześcijanina nie ma więc wątpliwości, iż powstało z inspiracji diabelskiej), zdrowe pogaństwo było natomiast na dobrą sprawę nieświadomym oczekiwaniem na nadejście chrześcijaństwa (np. starożytni mędrcy wiedzieli o istnieniu prawa naturalnego). Mówiąc dobitniej, to nie chrześcijaństwo brało cokolwiek z pogaństwa, lecz w pogaństwie tkwiły prawdziwe – także (i przede wszystkim) z chrześcijańskiego punktu widzenia chrześcijańskiej ortodoksji – treści, które przetrwały w nim od czasu pierwotnego Objawienia. Często się o tym zapomina, ale zgodnie z nauką Kościoła miały miejsce trzy Objawienia: przed Objawieniem Nowego Testamentu (to jest przyjściem na świat Pana Jezusa) nastąpiło Objawienie Starego Testamentu (od wybrania Abrama z Ur przez Boga), a jeszcze wcześniej – Objawienie pierwotne, zwrócone do pierwszych ludzi i opisane w biblijnej Księdze Rodzaju. Ślady tego najwcześniejszego zachowały się w rozmaitych religiach, mimo że religie te różnicowały się wzajemnie coraz bardziej w miarę, jak ród ludzki rozprzestrzeniał się po całej Ziemi i stopniowo zapominał o wspólnym źródle. Istnienie Objawienia pierwotnego ze swej strony potwierdziła współczesna nauka. Religioznawstwo wykazuje, iż mity leżące u podstaw najróżniejszych systemów religijnych w swej najstarszej i najgłębszej warstwie opierają się na tych samych archetypach i ideach. Słynny wiedeński etnograf o. Wilhelm Schmidt, badacz kultur najbardziej archaicznych ludów, które nie zmieniły się w swej istocie od czasów paleolitu, doszedł nawet do wniosku, iż ludy te (m.in. australijscy Aborygeni, Indianie z Ziemi Ognistej, afrykańscy Pigmeje) w momencie odnalezienia ich przez białego człowieka wciąż przechowywały Objawienie pierwotne w stanie czystym, nieuzupełnione o żadne późniejsze treści.

Ojcowie Kościoła nauczali, że religie pogańskie są fałszywe jako całości, ale zawierają dobre i prawdziwe treści, pochodzące od jedynego Boga, sprzed Objawienia Nowego Testamentu. I tak np. najwybitniejszy religioznawca XX wieku prof. Mircea Eliade (1907-1986) wykazał, iż wszystkie religie pogańskie miały w najgłębszej warstwie charakter monoteistyczny. Konstatacja ta musi zaskakiwać osoby przyzwyczajone wyobrażać sobie pogaństwo jako politeistyczne oddawanie czci legionowi bóstw, niemniej z naukowego punktu widzenia nie ulega ona wątpliwości. Każda religia pogańska w najstarszym etapie swojego rozwoju miała bowiem świadomość istnienia jednego dobrego Boga, Stwórcy wszechświata. Znajdował się On jednak tak wysoko ponad światem spraw ludzkich i dysponował tak wielką potęgą, że pierwsi poganie obawiali się do Niego zwracać i przyzywali tylko w naprawdę palącej potrzebie. Z czasem Stwórca obrastał tabunem pomniejszych bogów i bogiń, demonów, duchów itp. – istot uważanych za wyższe od ludzi, ale pozostające w kontakcie z ich sferą. To te niższe bóstwa stawały się właściwym przedmiotem kultu, ku czci Stwórcy nie odprawiano zaś żadnych obrzędów, bano się o Nim wspominać, a niekiedy wręcz zapominano o Nim na długi czas. Jak pisze Eliade, dopiero w momentach najbardziej kryzysowych, kiedy oczekiwano nadprzyrodzonego ratunku przed wielkimi zagrożeniami, a modły do zwykłych bogów nie odnosiły skutku, poganie przypominali sobie o Stwórcy i ośmielali się zwrócić wprost do Niego bez żadnych pośredników. Natomiast według ustaleń wspomnianego o. Schmidta najbardziej archaiczne ludy w ogóle nie przeszły do etapu politeistycznego i w chwili odnalezienia ich przez chrześcijańskich misjonarzy wciąż wyznawały pierwotny „pra-monoteizm” (Urmonotheismus).

W świetle powyższych faktów nadejście chrześcijaństwa jawi się nie jako rewolucyjna nowość, a jako powrót do najstarszych prawd, ich pogłębienie i oczyszczenie z późniejszych naleciałości ludzkiego pochodzenia. Nie podważają tego często wskazywane związki symboli i figur zawartych w tekstach biblijnych ze starożytnymi religiami niechrześcijańskimi. Biblijnemu podaniu o potopie przypisuje się pochodzenie z mitologii babilońskiej; nic bardziej błędnego: Stary Testament nie zaczerpnął tej opowieści od pogańskiego mitu – po prostu oba stanowią formy pamięci o wydarzeniu z niewyobrażalnie zamierzchłych czasów, przy czym przekaz starotestamentowy, uzupełniony o drugie Objawienie, stoi wyżej od pogańskiego, dysponującego jedynie odpryskami pierwszego Objawienia. Tym bardziej nie należy, idąc za Evolą, przeceniać wpływu, jaki na chrześcijaństwo miał wywrzeć starożytny Rzym. M.in. znamienna dla katolickiego Średniowiecza sakralizacja porządku państwowego nie mogła zostać zaczerpnięta z kultury rzymskiej; chrześcijańską teologię imperialną sformułował biskup św. Euzebiusz z Cezarei – myśliciel z grecko-helleńskiego, a nie rzymsko-łacińskiego kręgu kulturowego – w IV wieku, czyli u schyłku okresu tzw. pierwotnego chrześcijaństwa.

Na koniec dorzućmy może znamienną obserwację: zwolennicy tradycjonalizmu integralnego opisują nowożytną desakralizację ludzkiego świata, nawołują człowieka do ponownego rozbudzenia w sobie homo religiosus, tymczasem sami często są bezbożnikami, na czele z baronem Evolą. Choćby z tego powodu nie wydają się najbardziej powołani do sądzenia wiary chrześcijańskiej. Zarazem silą się na absurd, na jaki zakrawa próba wykreślenia chrześcijaństwa z duchowego dziedzictwa Europy – opartego przecież właśnie na chrześcijaństwie. Integralny tradycjonalizm dostarcza mnóstwa wartościowych spostrzeżeń, niemniej jego gałąź zainicjowana przez włoskiego arystokratę rości sobie zbyt duże, jak na szkołę filozoficzną, prawa, gdy oznajmia: chrześcijaństwo jest prawdziwe w takim stopniu, w jakim jest zgodne z tradycjonalizmem integralnym, a cała jego reszta wymaga odrzucenia. Przeciwnie, to tradycjonalizm integralny jest prawdziwy w takim stopniu, w jakim jest zgodny z Tradycją katolicką. Cząstki Prawdy zostały rozsiane po różnych religiach różnych kultur – ale jest tylko jedna religia prawdziwa.


Wstecz