Jacek Bartyzel



Sztandar ultramontanizmu

Białe karty Kościoła to tytuł, który z pewnością zabrzmi znajomo dla wielu Czytelników biorących do ręki tę książkę. Mamy w pamięci wydane i w Polsce przed kilku laty dzieło głośnego włoskiego dziennikarza katolickiego, Wiktora Messori’ego, o nieco przewrotnym tytule Czarne karty Kościoła. W swej zawartości było ono przecież dokładnym zaprzeczeniem tego, czego mógłby oczekiwać łasy na kolejne „sensacyjne” paszkwile amator antyreligijnego piśmiennictwa straganowego, czyli w istocie śmiałą i klarowną apologię, nicującą na wylot wiele bzdurnych, a uporczywie szerzonych przez nieprzyjaciół Pana Naszego Jezusa Chrystusa oszczerstw pod adresem Jego Kościoła. W 2003 r. na rynku wydawniczym pojawiła się zaś książka polskiego historyka Grzegorza Kucharczyka – Czerwone karty Kościoła, mająca przedmiot nieco inny, bo będąca zwięzłym zarysem martyrologium Kościoła od czasów rewolucji protestanckiej po czasy obecne, ale przecież tym samym duchem ożywiona.

Widać przeto już od razu, że Białe karty Kościoła Ryszarda Mozgola – publicysty katolickiego o ustalonej już renomie, znanego zwłaszcza czytelnikom czasopisma Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X w Polsce „Zawsze Wierni” – stanowią swoiste dopełnienie wspomnianych książek, tworząc niejako trzecie skrzydło literackiego „tryptyku”, wzniesionego Ad maiorem Dei Gloriam i w duchu umiłowania prawdy, to znaczy nade wszystko Tego, który sam jest Prawdą jedyną, pełną i absolutną. Poprzestać atoli na powyższym stwierdzeniu byłoby krzywdząco zredukować wkład autora niniejszego dzieła. Nie podąża on bowiem tylko przetartymi już przez poprzedników szlakami, uzupełniając jedynie ich ustalenia o pominięte z jakichkolwiek bądź powodów karty. Przeciwnie: dokonuje, z jednej strony, syntezy obu ujęć i punktów oglądu dziejów Kościoła, który dla krótkości nazwijmy „apologetycznym” i „martyrologicznym”, z drugiej zaś uzupełnia je o, co najwyżej pośrednio obecny w tamtych książkach, trzeci – i bodaj najważniejszy – wymiar istnienia w doczesności, a przecież nie doczesnego Ecclesia Militans: wymiar, w którym jaśnieje on najczystszym blaskiem chwały w dziełach swoich najofiarniejszych, najlepiej odpowiadających na nadprzyrodzony dar łaski swoich sług: katolickich kapłanów i rycerzy, papieży i świeckich, wszystkich tych, których byli żywymi tarczami Kościoła, a jakże często także ofiarną żertwą, miłą Bogu.

Tej wielowymiarowości spojrzenia służy dobrze przemyślana kompozycja książki, będącej zbiorem esejów, ale przecież nie przypadkiem zgromadzonych, lecz dopełniających się wzajem i splatających różne wątki w jeden mocny węzeł, a poniekąd układających się wewnętrznie także w strukturę tryptykową. Tematycznie, już czytając spis tytułów dziewięciu łącznie esejów, rozeznać można trzy obszary zagadnień bliskich sobie w aspekcie czasowym. W pierwszej grupie odkrywamy karty z dziejów Christianitas w jej „złotym” – co nie znaczy, że pozbawionym stron tragicznych – wieku Średniowiecza, w tym jej szczytowym, mistyczno-heroicznym wzniesieniu, jakim była epopeja krucjat i zakonów rycerskich ze strażnikami Templum na czele; dopełnia zaś ten obraz szkic o „rozdartym sercu Rusi”, którego największą – a zapewne dla wielu rewelacyjną – wartością będzie unaocznienie, iż ostateczne odpadnięcie tego „drugiego płuca” chrześcijańskiej Europy od jedności z Kościołem Powszechnym nie było wcale następstwem jakiegoś nieubłaganego determinizmu cywilizacyjnego, geograficznego czy innego, lecz splotem przypadkowych okoliczności politycznych. Drugi blok tekstów traktuje o sprawcach ran zadanych jedności Kościoła na przełomie wieków średnich i nowożytności przez czołowych herezjarchów: Husa, Lutra oraz reformatorów anglikańskich. Trzy ostatnie eseje wreszcie przenoszą nas najbliżej naszych czasów, prezentując działalność i istotę nowych wrogów katolicyzmu epoki sekularystycznej dewastacji świata zachodniego: liberalizmu i masonerii; ponury ten wizerunek rozjaśnia wszelako portret wielkiego papieża – pogromcy tych dewiacji umysłu, serca i woli, bł. Piusa IX.

Nie należy jednak sądzić, że ów tematyczny i w zasadzie diachroniczny układ toku narracji Ryszarda Mozgola w jakiś schematyczny sposób rozdziela wspomniane wyżej, zasadnicze wątki. Przeciwnie, czytając którychkolwiek esejów przekonywamy się co krok, jak ściśle wątki te łączą się ze sobą. Opis krwawych prześladowań wyznawców prawdziwej wiary, wraz z zawsze nieodłącznymi od fanatycznego obłędu protestanckich herezjarchów aktami antykulturowego barbarzyństwa, unaocznia za każdym razem duchową wielkość i czystość ofiary męczenników do końca wiernych Chrystusowi. I odwrotnie: wspomnienie najwznioślejszych, najpiękniejszych kart z historii Christianitas, zapisanych i modlitwą i mieczem (który, co nigdy, a zwłaszcza dzisiaj, dość przypominać za Chestertonem, jest także formą Krzyża) przez krzyżowców, obrońców Świątyni, angielskich kartuzów i jezuitów, papieskich żuawów, zasłaniających swoimi piersiami Namiestnika Chrystusa przed kondotierami fałszywej wolności – nigdy nie jest wolne od domieszki piołunu, gdy zmuszeni jesteśmy towarzyszyć przepełniającym – by tak rzec za autorem Poetyki – „litością i trwogą” obrazom tej ostatecznej formy naśladowania Boskiego Mistrza, jaką było spijanie kielicha potwarzy, fałszywych oskarżeń o herezję, tortur i stosów zadawanych nie przez wrogów, lecz przez swoich: deklaratywnie „arcychrześcijańskich” królów, nazbyt powolnych im papieży, rodziny niezdolne pojąć konieczności powiedzenia non possumus, ideowych kompatriotów, powtarzających – coż z tego, że w dobrej wierze, lecz bezkrytycznie – uknute przez wrogów fałszywe oskarżenia. I na koniec ów cios być może najgorszy do zniesienia: gdy okazuje się, że po wiekach całych to, co było najwyższym wyrazem poświęcenia, zostaje pogardliwie odrzucone, potępione, uznane za powód do wstydu i jałowej „pokuty” w żałosnej tragifarsie spektakularnego „meaculpizmu” za nieswoje i niepopełnione grzechy.

Byłoby rzeczą zgoła niestosowną, bo odbierającą czytelnikowi naturalną przyjemność samodzielnego odkrywania kolejnych białych kart historii Kościoła, pełne wyliczenie zasług autora w zdzieraniu tandetnej i niechlujnej tynktury z piramidy pomówień, wznoszonej przez wrogów chrześcijaństwa, a powtarzanej bez końca przez ignorantów. Warto wszelako podkreślić, że w książce tej czytelnik odnajdzie nie tylko dobrze udokumentowaną refutację tych oskarżeń, ale również wiele przykładów celnie przebitych lancetem źródłowej krytyki historycznej, a napełnionych mętną wodą fałszu pęcherzy, zawierających mistyfikacje innego rodzaju: pozytywne, „białe legendy” bohaterów i męczenników rzekomych. Są to zresztą rzeczy ze sobą nierozłączne, a o sile oddziaływania tych mistyfikacji przesądza oczywiście okoliczność kto jest dysponentem „masowej wyobraźni” w naszej „przeciw-chrześcijańskiej” cywilizacji. Przyznajmy jednak szczerze: czyż mało jest „dobrych katolików”, przyjmujących za pewnik, że królowa Maria Tudor – katoliczka była złowrogą Bloody Mary, a jej siostra Elżbieta – „aniołem pokoju i tolerancji”? Czy – choćby przez niejasne wspomnienie Bitwy pod Grunwaldem mistrza Jana Matejki – polscy katolicy nie będą skłonni widzieć w Janie Żiżce naszego dzielnego, słowiańskiego pobratymcy w walce z furor Teutonicus, nic nie wiedząc o bestialskich rzeziach, dokonywanych przez tego „rycerza” na jego czeskich rodakach, winnych jedynie wierności religii katolickiej? Czy nie powtarzamy bezrefeksyjnie ubolewań nad zniszczeniem wspaniałej cywilizacji hiszpańskich Maurów, nie zdając sobie sprawy ani z tego, że przez setki lat mahometanie cieszyli się zupełną swobodą pod berłem takich królów Kastylii, jak Alfons X Mądry, ani z tego, że wspaniałość Kordoby czy Grenady była późnym wyjątkiem po wiekach niszczycielskiego spustoszenia, sianego przez muzułmańskich barbarzyńców po całym basenie Morza Śródziemnego, ani wreszcie, że większość osiągnięć cywilizacji islamskiej stanowiły zapożyczenia z Bizancjum, Persji, Indii etc.? Można by tę listę retorycznych pytań ciągnąć niemal w nieskończoność, lecz dodajmy raczej, że warto by również postawić w przyszłości parę niedopowiedzianych „kropek nad i”. Jeśli bowiem, na przykład, przychylimy się do żarliwie bronionego przezeń poglądu – znajdującego istotnie coraz mocniejsze potwierdzenie w badaniach historyków – o fałszywości zarzutów postawionych zakonowi templariuszy, to logicznym wnioskiem i elementarnym nakazem sprawiedliwości będzie domaganie się odwołania tych oskarżeń i oficjalnego oczyszczenia z podejrzenia o herezję. Nie jest to rzeczą niemożliwą: istnieje wszakże precedens w postaci rewizji procesu św. Joanny d`Arc, a potem jej kanonizacji.

Nie wątpię, że każdemu, kto przeczyta uważnie dzieło Mozgola, mocno zapadną w pamięć wizerunki wielkich bojowników Królestwa Bożego: biskupa Ademara, Godfryda de Bouillon, rycerzy Świątyni, św. Tomasza More`a, generałów Lamoricière`a i Kanzlera, papieża bł. Piusa IX... Właśnie dlatego chciałbym zwrócić uwagę czytelników na postać na pewno skromniejszego formatu, a jednak słusznie uwzględnioną przez autora. Postać, której żywot potwierdza mądrość starego przysłowia portugalskiego, iż Pan Bóg pisze prosto po liniach krzywych. To Pellegrino hr. Rossi: liberał i były karbonariusz, powołany przez papieża Piusa IX w 1848 r. na urząd premiera Państwa Kościelnego. „Po ludzku” rzec biorąc, można było po tej ryzykownej decyzji oczekiwać tych niebezpiecznych konsekwencji, na które tak bardzo liczyli byli przyjaciele Rossiego. Można było sądzić, że ułatwi on wrogom papiestwa obezwładnienie „wampira Włoch”. A jednak stało się inaczej. Nie wiem, czy hr. Rossi mógł zdążyć w tym krótkim i niespojnym czasie dokonać zasadniczego przewartościowania swoich poglądów. Ale jest pewne, że na dany mu kredyt zaufania odpowiedział szczerą, bezgraniczną, gotową na wszystko lojalnością, i że zapłacił za to życiem, zasztyletowany na stopniach parlamentu. Oto prawdziwie Norwidowski quidam – niepozorny „ktoś”, bezgłośna ofiara, cichy bohater, który zasługuje na naszą pamięć i modlitwę nie mniej niż tylu innych, głośniejszych.

Powiedzmy na koniec jeszcze i to, że książka Ryszarda Mozgola łączy w sobie walory solidnego wykładu historii, podpartego bogatą erudycją i imponującą bazą źródłową, z literacką lekkością eseju i swadą publicysty. W tym ostatnim aspekcie autor korzysta szeroko z przysługujących mu praw do polemik, sformułowań ostrych, częstych odniesień do współczesności. Zapewne niektóre z jego sądów i uogólnień mogą i powinny być weryfikowane, dając pole do szerokiej dyskusji. Dostrzec można na przykład, wynikającą prawdopodobnie z mocno ugruntowanych sympatii autora do idei uniwersalnego Sacrum Imperium Romanum, tendencję do rozciągania usprawiedliwionej niechęci do prześladowcy templariuszy – Filipa Pięknego na cały ród Kapetyngów i Królestwo Lilii. Za niewątpliwe potknięcie autora uznać należy opowiedzenie się za bałamutną tezą o nietożsamości autora genialnych dramatów z „niepiśmiennym kupcem” Williamem Shakespeare’em. Owszem, wielu było i jest w literaturze przedmiotu zapalonych „antystradforczyków”, lecz są to sami – cóż z tego, że czasem inteligentni i pomysłowi – dyletanci, nie ma jednak pośród nich ani jednego profesjonalnego historyka literatury czy teatru. (Inna sprawa, że teza o kryptokatolicyzmie autora Hamleta zyskuje coraz więcej dowodów z samej analizy treści jego utworów i nie trzeba jej wspomagać fantazjami na temat biografii). Nazbyt jednostronnie przyczernione mogą zdać się też wycieczki pod adresem tegoczesnej hierarchii kościelnej. Te kontrowersyjne szarże nie mogą wszelako podważyć faktu, że Białe karty Kościoła są niekłamanym i dobitnym świadectwem niezachwianej wierności jej autora Prawdzie wieczystej i wieczystemu Rzymowi. Zgodnie z własnym wyznaniem autora o podnoszeniu z ziemi podeptanego przez liberalizm „sztandaru ultramontanizmu”, książka ta jest na wskroś „ultramontańska” właśnie, co tym bardziej wymowne, ile że ultra montes naprawdę dzieje się tyle rzeczy budzących trwogę, ból, czy choćby dezorientację katolików. Jest to zatem również książka człowieka, który nie obawia się być „zgorszeniem dla Żydów i głupstwem dla Greków”. A może jeszcze bardziej „zgorszeniem” i „głupstwem” dla tych, którzy skapitulowali przed tym szantażem i groźbą odrzucenia przez świat.


Ryszard Mozgol, Białe karty Kościoła, Wydawnictwo Te Deum, Warszawa 2004, str. 264.

Wstecz